Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zensac i de Bellery, ujrzeli na twarzy tej młodej piękności osiemdziesiąt lat, w które — przez żart czy nie przez żart — ubrał odźwierny starą „klempę“. Ryczeliby ze śmiechu, gdyby im kto powiedział, że osoba ta jest dystyngowańsza niż kasjerka hotelowa, która, zżarta egzemą, pociesznie tłusta, uchodziła w ich oczach za piękność. Jedynie może pociąg erotyczny zdołałby przeszkodzić utrwaleniu się ich omyłki, gdyby przemówił w chwili przechodzenia rzekomej staruszki i gdyby strzelcy poczuli nagłą żądzę pod adresem młodej bogini. Ale, z nieznanych racyj — wypływających zapewne z pobudek socjalnych — zmysły nie przemówiły. Możnaby zresztą o tem wiele rozprawiać. Świat jest prawdziwy dla nas wszystkich, a odmienny dla każdego. Gdybyśmy nie musieli, dla porządku opowiadania, ograniczyć się do racji błahych, ileż poważniejszych racyj pozwoliłoby nam wykazać kłamliwą pobieżność początkowych kart tego tomu, gdzie słyszę z łóżka budzący się świat, to w taką pogodę to w inną. Tak, musiałem ograniczyć się i kłamać, ale faktycznie co rano budzi się nie jeden wszechświat, ale miliony wszechświatów, prawie tyle ile jest źrenic i inteligencyj ludzkich.
Aby wrócić do Albertyny, nie znałem kobiety bardziej obdarzonej szczęśliwą zdolnością kłamstwa żywego, grającego wszystkiemi kolorami życia; chyba jedną z jej przyjaciółek, również jedną z moich „zakwitających dziewcząt“, różową jak Al-