Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bertyna, ale której profil nieregularny, zapadły, potem znów wydatny, zupełnie przypominał pęki różowych kwiatów, których nazwy zapomniałem i które mają takie długie i kręte fałdy. Jako fabrykantka bajek, ta dziewczyna przewyższała Albertynę, bo nie wprowadzała w swoją relację żadnego z momentów bolesnych, z nabrzmiałych wściekłością domyślników, tak częstych u Albertyny. Rzekłem wszelako, że Albertyna była urocza, kiedy wymyślała jakąś bajeczkę nie zostawiającą miejsca na wątpienie. Widziało się poprostu to co mówiła, mimo że wszystko było zmyślone: słowa jej zastępowały słuchaczowi wzrok. Natchnieniem Albertyny było jedynie prawdopodobieństwo, bynajmniej nie chęć wzbudzenia we mnie zazdrości. Bo Albertyna, nie będąc może interesowna, lubiła dowody galanterji. Otóż, o ile w ciągu tego dzieła, miałem i będę miał wiele sposobności pokazania jak zazdrość zdwaja miłość, brałem te rzeczy z punktu widzenia kochanka. Ale jeżeli ten kochanek ma bodaj trochę ambicji, wówczas, choćby miał życiem przypłacić zerwanie, nie odpowie galanterją na domniemaną zdradę; usunie się, lub też, nie zrywając, zmusi się do udawania chłodu. Tem samem kochanka udręczyła go tyle bez żadnej dla siebie stąd korzyści. Jeżeli przeciwnie zręcznem słówkiem, pieszczotą rozprószy podejrzenia które go dręczyły mimo iż udawał obojętność, wówczas zapewne kochanek nie zazna owe-