Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wnie upragnionem co najcudowniejsze miasta marzonej podróży.
Zawód doznany przy kobietach które poznałem, w miastach które zwiedziłem, nie przeszkadzał mi brać się na urok nowych kobiet i wierzyć w ich realność; toteż tak samo jak ujrzeć Wenecję — Wenecję, której nostalgję budziła we mnie wiosna a której nie pozwoliłoby mi poznać małżeństwo z Albertyną — ujrzeć Wenecję w panoramie, którą Ski uznałby może za piękniejszą w tonie od prawdziwej, nie zastąpiłoby mi w niczem podróży, której czas, określony bez mojego udziału, zdawał mi się nieodzowny do przebycia, tak samo midinetka, bodaj najpiękniejsza ale sztucznie dostarczona przez stręczycielkę, nie mogłaby się wcielić dla mnie w tę, która kołysząc się niedbale, przechodziła w tej chwili pod drzewami śmiejąc się z przyjaciółką. Choćby inna, spotkana w domu schadzek, była ładniejsza, to by nie było to samo, bo na oczy nieznajomej dziewczyny nie patrzymy tak, jakbyśmy patrzyli na opalową lub agatową płytkę. Wiemy, że promyk który ją iryzuje, lub błyszczące ziarnka które w nich migocą, są wszystkiem co możemy ujrzeć z myśli, z woli, z pamięci przechowującej dom rodzinny którego nie znamy, przyjaciół którym zazdrościmy. Chęć owładnięcia tem wszystkiem, tak trudnem, tak opornem, oto co daje wartość spojrzeniu, o wiele bardziej niż sama jego materjalna piękność (czem by się może tłumaczyło, że jakiś