Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lorom soczystości i konsystencji; o ile zazdrość — zespolona ze zmysłami i z podniecającą je wyobraźnią — nie utrzymywała tej kobiety przy mnie w równowadze siłą przyciągania równie potężnego jak prawo ciążenia.
Powóz jechał szybko przez bulwary, aleje, w których ciągnące się domy, różowy skrzep światła i zimna, przypominały mi wizyty u pani Swann, łagodnie oświetlonej przez złocienie w oczekiwaniu pory zapalania lamp.
Ledwie miałem czas spostrzec — oddzielony od nich szybą auta, niby oknem w swoim pokoju — młodą owocarkę, mleczarkę stojącą przed drzwiami, lśniącą w tym pogodnym dniu niby heroina, którą pragnienie moje zdolne było wciągnąć w rozkoszne perypetje u progu romansu. Tego romansu nie miałem poznać. Bo nie mogłem poprosić Albertyny abyśmy się zatrzymali; i już znikły młode kobiety. Oczy moje ledwie rozróżniły ich rysy i ledwie upieściły ich świeżość w złotawej mgle, w której były skąpane. Wzruszenie, jakie mnie ogarniało na widok córki winiarza przy kasie lub młodej praczki gwarzącej na ulicy, było wzruszeniem, jakie człowiek odczuwa poznając Boginię. Od czasu jak Olimp nie istnieje, mieszkańcy jego żyją na ziemi. Tworząc mitologiczne obrazy, malarze brali za modele do Wenus lub do Cerery dziewczęta z ludu, uprawiające najpospolitsze rzemiosła; i wówczas, dalecy od popełnienia świętokradztwa, przy-