Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że to osiągam; kiedym naprzykład towarzyszył kochance Roberta, kiedym z nią chodził na obiad. Ale daremnie wzywałem na pomoc myśl, że gram w tej chwili role której zazdrościłem w powieści; ta myśl przekonywała mnie, żem powinien czuć przyjemność w towarzystwie Racheli, ale nie dawała mi jej. Bo za każdym razem kiedy chcemy naśladować coś co było naprawdę rzeczywiste, zapominamy, że owo coś zrodziło się nie z chęci naśladowania, ale z nieświadomej i również realnej siły. Otóż tego specjalnego wrażenia, którego nie mogła mi dać cała moja chęć odczuwania subtelnej rozkoszy w spacerze z Rachelą, doznawałem teraz nie szukając go zgoła, ale z przyczyn zupełnie odmiennych, szczerych, głębokich; naprzykład z tego powodu, że zazdrość moja nie pozwalała mi być daleko od Albertyny i, o ile mogłem wychodzić, puścić jej na spacer bezemnie. Odczuwałem to dopiero teraz, dlatego że świadomość tworzy się nie z obserwowanych przez nas rysów zewnętrznych, ale z bezwiednych wrażeń; dlatego że niegdyś kobieta, nawet siedząc obok mnie w powozie, nie była w rzeczywistości obok mnie, o ile nie odtwarzała jej tam w każdej chwili moja potrzeba, — taka jaką odczuwałem w stosunku do Albertyny; o ile nieustanna pieszczota mego spojrzenia nie przywracała jej wciąż barw wymagających ustawicznej odnowy, o ile zmysły, nawet ukojone ale pamiętające, nie dawały tym ko-