Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niej uprzejma i chwaliła się przedemną przysługami jakie jej oddaje, uważając że na nic się nie zda mówić mi coś i że nie doprowadziłoby to do niczego; ale czyhała na sposobność; gdyby kiedy odkryła w sytuacji Albertyny jaką szczelinę, gotowała się rozszerzyć ją i rozdzielić nas zupełnie.
— Bardzo niewdzięczna? Ależ nie, Franciszko, to ja się czuję niewdzięczny, Franciszka nie wie, jaka ona jest dobra dla mnie. (Tak słodko mi było uchodzić za człowieka kochanego). I niech Franciszka jedzie prędko.
— Już walę z kopyta, w trymiga.
Wpływ córki zaczynał trochę kazić słownictwo Franciszki. W ten sposób, przez dopływ nowych terminów tracą swoją czystość wszystkie języki. I ja byłem pośrednio odpowiedzialny za tę dekadencję języka Franciszki, znanego mi w jego pięknych epokach. Córka Franciszki nie byłaby ściągnęła klasycznej mowy swojej matki do najniższego żargonu, gdyby poprzestała na mówieniu z nią gwarą. Nie odmawiała sobie nigdy tej przyjemności: kiedy byłem przy tem, o ile miały jakieś sekrety, wówczas zamiast się zamknąć w kuchni, wznosiły sobie w moim własnym pokoju mur bardziej nieprzebyty niż najlepiej zamknięte drzwi, a to mówiąc narzeczem ludowem swoich stron. Zgadywałem jedynie, że nie zawsze żyją w zbyt dobrej harmonji, wnosząc z częstego nawrotu jedynego słowa które mogłem rozróżnić: m’esa-