Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


często jakieś kłamliwe słowa Albertyny jej pierwotnemu twierdzeniu w tym samym przedmiocie. Często to pierwotne twierdzenie (ile że nie czytałem w przyszłości i nie zgadywałem jakie sprzeczne twierdzenie będzie mu odpowiadało) prześlizgnęło się niepostrzeżone; słyszałem je niewątpliwie uszami, ale nie wyodrębniłem go ze słów Albertyny. Później, wobec oczywistego kłamstwa lub dręczących podejrzeń, chciałbym je sobie przypomnieć; napróżno; pamięć moja, nie uprzedzona na czas, zaniedbała zachować kopji.
Poleciłem Franciszce, kiedy wyprowadzi Albertynę z sali, żeby mnie uprzedziła telefonem i żeby mi ją przywiozła, bez względu na to czy będzie z tego kontenta. „Jeszcze by tego brakowało, żeby nie była kontenta że zobaczy panicza — odparła Franciszka. — Ależ ja wcale nie wiem, czy ona tak lubi mnie widzieć. — Musiałaby być bardzo niewdzięczna“ — odparła Franciszka, w której Albertyna wskrzesiła po tylu latach tę samą męczarnię zawiści, o jaką przyprawiała ją niegdyś Eulalja u cioci Leonji. Nie wiedząc, że to nie Albertyna zabiegała o ten stosunek, ale że ja go pragnąłem (co, przez ambicję i żeby Franciszkę doprowadzić do wściekłości, wolałem ukrywać), podziwiała z nienawiścią spryt Albertyny, nazywała ją w rozmowie z innymi służącymi „komedjantką“, „czarownicą“, która robi ze mną co zechce. Nie śmiała jeszcze wypowiedzieć jej wojny wprost, była dla