Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sperate (o ile przedmiotem tej „egzasperacji“ nie byłem ja). Na szczęście, najmniej znany język staje się w końcu zrozumiały, jeśli się go słyszy ciągle. Żałowałem że to była gwara, bo zdołałem się jej nauczyć; a równie dobrze byłbym się nauczył, gdyby Franciszka miała zwyczaj mówić naprzykład po persku.
Kiedy Franciszka spostrzegła moje postępy, napróżno przyspieszała dykcję, córka również; nic nie pomogło. Franciszka była wściekła, że ja rozumiem gwarę, a potem uszczęśliwiona że nią mówię. Prawdę rzekłszy, owo zadowolenie to były kpiny, bo mimo iż w końcu nauczyłem się wymawiać prawie tak jak ona, widziała między naszą wymową przepaści, które ją zachwycały, i żałowała że nie widuje ludzi ze swoich stron, o których nie myślała już od wielu lat, a których radaby usłyszeć jak pękają ze śmiechu, słysząc mnie tak kaleczącego ich gwarę. Sama ta myśl napełnia ją weselem i żalem; wyliczała kolejno wieśniaków, którzyby się spłakali ze śmiechu. W każdym razie, żadna radość nie zmąciła jej smutku, że nawet wymawiając źle, rozumiałem dobrze. Klucz staje się zbyteczny, kiedy ten, któremu się chce przeszkodzić wejść, może się posłużyć wytrychem lub łomem. Skoro gwara straciła wartość obronną, Franciszka zaczęła się posługiwać z córką potoczną francuzczyzną, która rychło stała się językiem z najgorszych epok.