Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niona sukcesem; jakie marzenia zostawiłaby w Albertynie, jakie żądze, które, nawet powściągnięte, budziłyby w niej wstręt do życia ze mną, życia nie zdolnego ich zaspokoić?
Kto wie zresztą, czy Albertyna nie zna Lei i czy nie pójdzie do niej do garderoby a nawet czy Lea jej nie zna; kto mnie upewni, czy, widziawszy ją w każdym razie w Balbec, Lea nie pozna jej i czy nie da ze sceny znaku, uprawniającego Albertynę do pójścia za kulisy? Niebezpieczeństwo wydaje się nie groźne wówczas gdy jest zażegnane. To nie było jeszcze zażegnane, i bałem się że nie będzie, i wydawało mi się tem straszliwsze. A jednak, miłość do Albertyny, gasnąca prawie kiedym ją próbował sobie uświadomić, znajdywała poniekąd w tej chwili dowód w gwałtowności mojego bólu. Nie dbałem już o nic innego, myślałem tylko o sposobach wyrwania jej z Trocadero; ofiarowałbym Lei wszelką sumę, byle tam nie szła. Jeżeli tedy postępki bardziej dowodzą naszych uczuć niż nasze myśli, dowodziłoby to, że kocham Albertynę. Ale ten nawrót mego cierpienia nie przydawał we mnie realności obrazowi Albertyny. Była przyczyną moich cierpień jak niewidzialne bóstwo... Czyniąc tysiące przypuszczeń, starałem się stępić swoje cierpienia, nie potwierdzając tem samem swojej miłości.
Najpierw trzeba było być pewnym, że Lea będzie w istocie w Trocadero. Odprawiwszy mleczar-