Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


, zatelefonowałem z zapytaniem do Blocha, zaprzyjaźnionego z Leą. Nie miał pojęcia; zdziwił się że mnie to może interesować. Pomyślałem, że trzeba się śpieszyć, że Franciszka jest ubrana a ja nie; zacząłem się zbierać, a jej kazałem wziąć auto; miała się udać do Trocadero, kupić bilet, odszukać Albertynę na sali i oddać jej słówko odemnie. Donosiłem Albertynie, że mnie do głębi wstrząsnął list otrzymany właśnie od osoby, z powodu której byłem tak nieszczęśliwy pewnej nocy w Balbec. Przypomniałem Albertynie, iż nazajutrz wyrzucała mi że jej nie wezwałem. Toteż pozwalam sobie (pisałem) prosić ją, żeby się wyrzekła dla mnie tego spektaklu i wróciła aby pojechać ze mną trochę na spacer i pomóc mi ochłonąć. Ale ponieważ to potrwa dosyć długo zanim się ubiorę i będę gotów, niechaj zechce skorzystać z obecności Franciszki, aby kupić w Trois-Quartiers (magazyn ów, jako mniejszy, mniej mnie niepokoił niż Bon Marché) biały tiulowy żabocik, którego potrzebuje.
Bilecik mój nie był zapewne zbyteczny. Prawdę mówiąc, nie miałam pojęcia co robi Albertyna od czasu jak ją znałem, ani przedtem. Ale w jej odezwaniach się (w razie gdybym jej to powiedział, mogłaby rzec, że się przesłyszałem) były pewne sprzeczności, retusze, równie wymowne jak „gorący uczynek“, ale trudniejsze do wyzyskania przeciw Albertynie, która często schwytana na kłamstwie jak dziecko, za każdym razem jakimś strategicznym