Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uwłosienia ile stylizowanych w rzeźbie równoległych fal śniegu na lodowcu. Oto wszystko com zauważył, zarówno jak bardzo wyrazisty nos (rzecz rzadka u dziecka) na szczupłej twarzy, przypominającej dziób młodych sępiąt. Zresztą nietylko obecność zasłaniających ją koleżanek przeszkodziła mi ją dobrze widzieć, ale i nieświadomość uczuć, jakie mogłem u niej (z pierwszego wejrzenia i później) budzić; czy to byłyby uczucia surowej dumy, ironji, czy wzgardy zwierzonej później przyjaciółkom. Kolejne domysły w tej mierze, jakim się oddawałem przez sekundę, zagęściły dokoła młodej dziewczyny mgłę, w której kryła się niby bogini w chmurze drżącej od pioruna. Bo niepewność duchowa bardziej utrudnia ścisłą percepcję wzrokową, niżby ją utrudniała fizyczna wada oka. W owej zbyt szczupłej młodej osobie (zanadto może ściągającej uwagę), odstręczał mnie właśnie nadmiar tego, co kto inny nazwałby może „wdziękami“; ale i tak rezultatem był fakt, że obecność jej nie pozwoliła mi nawet spostrzec, a tem bardziej przypominać sobie innych młodych mleczarek, które orli nos tej jednej, i spojrzenie jej — niezbyt miłe — zamyślone, zdecydowane, krytyczne niejako, pogrążyły w ciemności nakształt błyskawicy blond, grążącej w mroku otaczający krajobraz. I tak, z mojej bytności w mleczami, mającej na celu zamówienie sera, przypominałem sobie (jeżeli można powiedzieć „przypominam sobie“