Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


o rysach tak słabo utrwalonych, że dziesięć razy do nieuchwytnej twarzy przymierza się coraz to inny nos) przypominałem sobie tylko tę jedną — która mi się nie podobała. To wystarcza, jako początek miłości. Mimo to, byłbym zapomniał o tem „szaleństwie blond“ i nie pragnąłbym nigdy jej ujrzeć, gdyby mi Franciszka nie powiedziała, że dziewczyna, mimo iż smarkata, jest już bardzo szczwana i że ma się rozstać z chlebodawczynią, ponieważ, zbytnio się lubiąc stroić, ma długi w dzielnicy. Powiedziano, że piękność jest obietnicą szczęścia: naodwrót możliwość rozkoszy może być początkiem piękności.
Wziąłem się do czytania listu mamy. Poprzez cytaty z pani de Sévigné („Jeżeli moje myśli w Combray nie są całkiem czarne, są bodaj ciemno-szare; wciąż myślę o tobie, pragnę twojej obecności; twoje zdrowie, twoje sprawy, twoje oddalenie, jak sądzisz, czem może być to wszystko o szarej godzinie?“) czułem iż matka nierada jest, że pobyt Albertyny przeciąga się i utrwala, mimo iż jeszcze nie oświadczyłem się mojej „lubej“ z intencjami małżeństwa. Matka nie mówiła tego wyraźniej, bojąc się, że mogę zostawić list gdzieś na wierzchu. Ale mimo że pisała tak mglisto, wyrzucała mi, że nie potwierdzam po każdym liście jego odbioru: „Wiesz, co mówiła pani de Sévigné: Kiedy się jest daleko, nie żartuje się z listów, zaczynających się od: otrzymałem twój list