Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zlecenie na mieście i żeby mi przysłała jedną z dziewcząt, które wpadały do nas co chwila zabierając lub odnosząc bieliznę, chleb lub bańki z mlekiem, i przez które Franciszka często coś załatwiała. Postępowałem w tem jak Elstir, który, zmuszony siedzieć w pracowni w wiosenny dzień, kiedy świadomość że lasy pełne są fiołków rozpierała go chęcią ujrzenia tych kwiatów, posyłał czasem odźwierną aby mu kupiła bukiecik fiołków. Miał wrażenie, że widzi nie stół, na którym postawił mały roślinny model, ale całe poszycie, gdzie widywał niegdyś tysiącami giętkie łodygi uginające się pod dzióbkami lila; zdawało mu się wręcz, że widzi imaginacyjną strefę, którą zakreślał w jego pracowni przejrzysty zapach czarodziejskiego kwiatu.
Co się tyczy praczek, w niedzielę nie było ani marzenia o tem, żeby przyszła która! Dziewczyna z piekarni zadzwoniła niestety w porze, kiedy Franciszki nie było, zostawiła chleb w sieni i poszła. Owocarka miała przyjść aż znacznie później. Wszedłem raz do mleczarni po ser i pośród młodych sklepówek zauważyłem jedną, istne szaleństwo blond, wysoką mimo że bardzo dziewczęcą, która, pośród innych dziewcząt, zdawała się marzyć w postawie dosyć hardej. Widziałem ją tylko zdaleka, przechodząc tak szybko, że nie mógłbym powiedzieć jak wygląda, chyba to że musiała rość za prędko i że głowę jej stroiło runo, robiące wrażenie nietyle