Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zasypiał w pewien sposób, budziłem się dygocąc, myśląc że mam odrę, lub — rzecz o wiele boleśniejsza — że babka (o której nie myślałem już nigdy) gryzie się że ja drwiłem z niej owego dnia w Balbec, kiedy, myśląc iż wnet umrze, chciała żebym miał jej fotografję. Mimo iż nie spałem, czemprędzej chciałem biec, aby jej tłumaczyć, że mnie źle zrozumiała. Ale już rozgrzałem się, diagnoza odry odpadła, a babka była tak daleko, że myśl o niej nie ściskała mi serca. Czasem na te rozmaite stany waliła się nagła ciemność. Czułem lęk, zapuszczając się w czarną aleję, gdziem słyszał snujących się włóczęgów. Naraz wszczynała się sprzeczka między policjantem a jedną z dorożkarek, które bierze się zdaleka za młodego stangreta. W ciemnościach nie widziałem jej na koźle, ale słyszałem głos, z głosu czułem ładną twarz i młode ciało. Szedłem ku niej w ciemności, aby, zanim odjedzie, wsiąść do wehikułu. To było daleko. Szczęściem sprzeczka z policjantem przedłużała się. Dogoniłem pojazd, który jeszcze stał. Ta część alei była oświetlona, widać było woźnicę. Była to w istocie kobieta, ale stara, duża i silna, z siwemi włosami wymykającemi się z pod kaszkietu i z czerwoną trędowatą twarzą. Oddaliłem się, myśląc: „Czy to jest los młodości kobiet? Więc, jeżeli nagle zapragniemy ujrzeć kobiety niegdyś spotkane, już są stare? Czy upragniona przez nas kobieta jest jak figura w teatrze, gdzie wskutek zasłabnięcia aktorki