Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


można rzec powoli ale wyraźnie: „Już dziesiąta, Franciszko, proszę kawę“. O cudzie! Franciszka nie mogła podejrzewać oceanu nierealności, który mnie opływał jeszcze całego i poprzez który zdolny byłem rzucić to dziwne pytanie. Odpowiadała w istocie: „Jest dziesięć po dziesiątej“. To mi dawało pozór rozsądku i pozwalało nie zdradzić dziwacznych rozmów, kołyszących mnie bez końca w dnie kiedy mnie nie oddzieliła od życia góra nicości. Wysiłkiem woli wracałem w rzeczywistość. Cieszyłem się jeszcze szczątkami snu, to znaczy jedynej inwencji, jedynej odnowy, jakie istnieją w sposobie opowiadania, ile że opowieści ze stanu jawy, choćby upiększone przez literaturę, nie zawierają owych tajemniczych różnic będących źródłem piękna. Łatwo mówić o pięknie zrodzonem z opium. Ale dla człowieka nawykłego sypiać jedynie przy pomocy narkotyków, nieoczekiwana godzina naturalnego snu odsłoni poranny ogrom równie tajemniczego a świeższego krajobrazu. Odmieniając godzinę, miejsce w którem zasypiamy, sprowadzając sen sztucznie lub przeciwnie wracając na jeden dzień do snu naturalnego — najdziwniejszego ze wszystkich dla kogoś, kto przywykł do środków nasennych — uzyskujemy wkońcu odmiany snu tysiąc razy liczniejsze od odmian goździków i róż, wyhodowanych przez ogrodnika. Ogrodnicy stwarzają kwiaty będące niby rozkosznem marzeniem, inne znów podobne do koszmarów. Kiedym