Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trzeba przekazać rolę nowej? Ale wówczas to już nie jest ta sama“.
Potem ogarniał mnie smutek. W ten sposób mamy we śnie liczne Litości, niby renesansowe Pietà, ale nie w marmurze — owszem, nietrwałe. Ale mają swoją rację bytu, przypominają nam pewną fizjognomję rzeczy, tkliwszą, bardziej ludzką, której nazbyt jesteśmy skłonni zapominać w zimnym, czasami wrogim rozsądku jawy. I tak przypomniało mi się postanowienie uczynione w Balbec, aby zawsze być miłosiernym dla Franciszki. I bodaj przez cały ów ranek umiałbym się zmusić aby się nie irytować jej kłótniami z kamedynerem, aby być łagodnym dla Franciszki, której świat tak mało okazał dobroci. Tylko przez ten ranek, a trzebaby sobie stworzyć kodeks nieco stalszy; jak ludy bowiem nie długo rządzą się czystem uczuciem, tak ludzie nie rządzą się wspomnieniem snów. Już ten sen zaczynał się ulatniać. Starając się go sobie przypomnieć, odmalować, płoszyłem go tem bardziej. Powieki nie zamykały już tak szczelnie moich oczu. Gdybym próbował odtworzyć swój sen, otworzyłyby się całkiem. Wciąż trzeba wybierać między zdrowiem i rozsądkiem a rozkoszami ducha. Zawsze miałem tę małoduszność, aby wybierać pierwsze. Zresztą niebezpieczna władza, której się wyrzekałem, była jeszcze niebezpieczniejsza niż się mniema. Litość, marzenie, nie ulatują same. Kiedy tak zmieniamy warun-