Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mem. Był to koziarz z dwoma psami, przed nim stado kóz. Ponieważ przybywał zdaleka, zjawiał się w naszej dzielnicy późno; i kobiety cisnęły się kubkami po mleko, które miało dać siłę ich malcom. Ale z pirenejskiemi melodjami dobroczynnego pastucha mieszał się już dzwonek szlifierza, który krzyczał: „Noże, nożyczki, brzytwy“. Nie mógł z nim konkurować majster ostrzący piły; pozbawiony instrumentu, poprzestawał na wywoływaniu: „Kto ma piły do ostrzenia, ostrzę piły, ostrzę“, podczas gdy weselszy pobielacz, wyliczywszy kociołki, garnki, wszystko co pobiela, intonował refren: „Tam tam tam — pobielam — od dołu do góry — zatykam wszystkie dziury — dziury, dziury“; a małe Włoszęta, obnosząc czerwono malowane blaszane pudła, gdzie były oznaczone wygrywające i przegrywające numery i tercząc grzechotką, proponowały: „Panie, paniusie, zabawa — zabawa dla pań“.
Franciszka przyniosła Figaro. Jeden rzut oka pozwolił mi zdać sobie sprawę, że mój artykuł wciąż nie poszedł. Oznajmiła, że Albertyna pytała czy może wejść; kazała na wszelki wypadek powiedzieć, że poniechała wizyty u Verdurinów i wybiera się, jak jej radziłem, na matinée do Trocadéro — to co nazwanoby dzisiaj, ale na mniejszą skalę, „galową popołudniówką“. Przedtem chce się konno przejechać z Anną. Teraz, kiedy wiedziałem, że Albertyna wyrzekła się intencji — może grzesz-