Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ty w tekst wszystkich tych melodyj, które słyszałem z łóżka. Mimo to, uświęcona pauza dzieląca w połowie słowo, zwłaszcza kiedy się powtarzało dwa razy, nieuchronnie budziła wspomnienie starych kościołów. W wózeczku swoim zaprzężonym w oślicę, którą zatrzymywał przed każdym domem aby wejść w podwórze, handlarz starzyzny, uzbrojony w bat, psalmodjował: „Ubrania, kupuję ubrania, ubra...a...nia“, z tą samą pauzą między dwiema ostatniemi zgłoskami ubrania, co gdyby intonował „Per omnia saecula saeculo...rum“ lub „Requiesceat in pa...ce“, mimo że nie wierzył zapewne w wiekuistość swoich ubrań, ani nie ofiarowywał ich jako całun na ostatni spoczynek. I tak samo, ponieważ od tej rannej godziny motywy zaczynały się krzyżować, handlarka jarzyn, popychając wózek, używała w swojej litanji gregoriańskiego podziału:

Jarzyna, jarzyna zielona,
Piękne, duże karczochy,
Kar...czochy...

mimo iż z pewnością nie wiedziała nic o antyfonarjuszu i o siedmiu tonach, z których cztery symbolizują wiedzę quadrivium, a trzy trivium.
Dobywając z fujarki, z kobzy, melodje Południa, którego blask harmonizował z dzisiejszą pogodą, człowiek w bluzie, w baskijskim berecie, trzymając w ręku bykowiec, przystawał pod do-