Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chodził w zamglony smutek Maeterlincka, przełożony na muzykę Debussy’ego, w jednym z owych bolesnych finałów, w których autor Peleasa zbliża się do Rameau: „Jeśli mam ulec, tobież przystało być moim zwycięzcą?“, i dodawał ze śpiewną melancholją: „Sześć su za tuzin...“.
Zawsze mi było trudno pojąć, czemu te tak konretne słowa były „westchnięte“ na tonie tak rozbieżnym z treścią, tajemniczym jak sekret sprawiający że wszyscy mają smutne miny w starym pałacu, w który Melizanda nie zdołała wnieść radości; na tonie głębokim jak myśl starego Arkela, który stara się w najprostszych słowach zawrzeć całą mądrość i cały los. Ten same nuty, na których wznosi się z rosnącą słodyczą głos starego króla Allemondy lub głos Golanda, aby powiedzieć: „Nie wiadomo, co się tutaj dzieje; może się to wydawać dziwne, niema może bezcelowych zdarzeń“, lub: „Nie trzeba się bać; to tylko biedne tajemnicze stworzonko, jak wszyscy...“. pozwalały handlarzowi ślimaków powtórzyć w mglistej kantylenie: „Sześć su, sześć su za tuzin...“. Ale ten metafizyczny lament nie miał czasu zamrzeć na krawędzi nieskończoności: przerywała go energiczna trąbka. Tym razem nie chodziło o rzeczy jadalne; libretto brzmiało: „Strzyże psy, trzebi koty, obcina uszy i ogony...“.
Niewątpliwie, fantazja, dowcip każdego przekupnia lub przekupki wprowadzały często warjan-