Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nej — odwiedzenia pani Verdurin, oświadczyłem, śmiejąc się: „Niech przyjdzie“ i pomyślałem, że może iść gdzie chce i że mi to jest obojętne. Wiedziałem, że pod wieczór, kiedy zapadnie zmierzch, będę zapewne innym człowiekiem, smutnym, przywiązującym do najmniejszych kroków Albertyny wagę, której o tej rannej godzinie i w tak piękny czas były pozbawione. Bo obojętności mojej towarzyszyła jasna świadomość przyczyny; towarzyszyła — ale nie zmieniała jej. „Franciszka upewniła mnie, że nie śpisz i że ci nie przeszkodzę“, rzekła Albertyna, wchodząc. Że zaś, obok obawy przeziębienia mnie przez niewczesne otwarcie okna, największą obawą Albertyny było wejść do mnie kiedym drzemał, dodała: „Mam nadzieję, że nie weszłam nie w porę. Bałam się, żebyś mi nie powiedział: Któryż hardy śmiertelnik szuka tutaj zgonu?“ I rozśmiała się owym śmiechem, który mnie tak wzruszał. Odpowiedziałem, podejmując żart: „Czyż dla ciebie ten rozkaz surowy wydano?“ I z obawy aby go kiedy nie przekroczyła, dodałem: „Chociaż byłbym wściekły, gdybyś mnie obudziła. — Wiem, wiem, nie bój się“, rzekła Albertyna. Dla złagodzenia dodałem, wciąż kontynuując scenę z Estery (podczas gdy na ulicy trwały wciąż krzyki, zupełnie zmącone naszą rozmową): „Jedynie w tobie widzę uroków tak dużo — że mnie czarują zawsze a nigdy nie nużą“ (przyczem pomyślałem w duchu: „Owszem, nużą mnie