Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wało się że istnieje między nami zupełna harmonia, nierozerwalne przywiązanie. Sen jej zresztą nie odłączał jej odemnie i zostawiał w niej poczucie naszej czułości; raczej unicestwiał wszystko inne; całowałem ją, mówiłem że się pójdę trochę przejść, ona rozchylała oczy, mówiła zdziwiona i w istocie, była już noc: „Ale gdzie ty teraz idziesz, kochanie“, nazywając mnie po imieniu, i natychmiast zasypiała na nowo. Sen jej był tylko jakgdyby wymazaniem reszty życia, gładkiem milczeniem, z którego zrywały się od czasu do czasu poufałe i czułe słowa. Składając te słowa, stworzyłoby się rozmowę bez obcego aliażu, sekretne współżycie czystej miłości. Ten spokojny sen czarował mnie tak jak czaruje matkę dobry sen dziecka. I sen Albertyny był w istocie snem dziecka. Przebudzenie również, tak naturalne, tak czułe — zanim nawet spostrzegła się gdzie jest — że czasami zadawałem sobie z przestrachem pytanie, czy ona, nim zamieszkała u mnie, przywykła nie sypiać sama i otwierając oczy znajdować kogoś przy swoim boku. Ale jej dziecinny wdzięk przeważał. I znów jak matka byłem zachwycony, że się budzi zawsze taka wesoła. Po chwili odzyskiwała świadomość, znajdowała urocze i bezładne słówka, istny świergot. Niby przez kompensatę, szyja jej, zazwyczaj podrzędna, teraz prawie za piękna, nabrała olbrzymiej ważności, którą oczy jej, zamknięte przez sen, straciły: jej oczy, moi