Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stali partnerzy rozmowy, do których nie mogłem się już zwracać z chwilą opadnięcia powiek. Tak samo jak zamknięte oczy dają twarzy niewinną i poważną urodę, usuwając wszystko to co aż nadto wyrażają spojrzenia, tak samo w słowach — znaczących ale przerywanych milczeniem — jakie Albertyna znajdowała budząc się, była czysta piękność, nie skalana co chwilę — jak rozmowa — gotowemi zwrotami, oklepankami, błędami. Zresztą, kiedym się decydował obudzić Albertynę, mogłem to uczynić bez obawy, wiedziałem że jej przebudzenie nie miałoby związku ze spędzonym dopiero co przez nas wieczorem, ale wstałoby z jej snu jak z nocy wstaje ranek. Z chwilą gdy z uśmiechem rozchyliła powieki, poddawała mi usta: zanim jeszcze coś powiedziała, kosztowałem ich świeżości, kojącej jak świeżość ogrodu, cichego jeszcze przed wschodem słońca.
Nazajutrz po owym wieczorze kiedy Albertyna powiedziała że może pójdzie, a potem że nie pójdzie do Verdurinów, obudziłem się wcześnie: jeszcze byłem nawpół uśpiony, kiedy radość moja oznajmiła mi, że nawiedził nas — w pełni zimy — dzień wiosenny. Na dworze, popularne melodje, subtelnie napisane na rozmaite instrumenty, od rogu sklejacza porcelany lub trąbki wyplatacza krzeseł aż do fujarki koziarza, który w ten piękny dzień podobny był do sycylijskiego pasterza, lekko instrumentowały ranek w „uwerturę na dzień