Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sprowadziło tam owo imię, zdawało się jedynie echem naszej rozmowy. Mimo to, pewnego wieczora, z zamkniętemi oczami, nawpół rozbudzona, rzekła, zwracając się do mnie: „Anna“. Ukryłem wzruszenie. „Ty śnisz, ja nie jestem Anna“, rzekłem śmiejąc się. Uśmiechnęła się także: „Ależ nie, chciałam spytać, co mówiła Anna. — Raczej myślałbym, żeś ty czasem tak leżała koło niej. — Ale nie, nigdy“, rzekła. Ale, zanim to wyrzekła, ukryła na chwilę twarz w dłoniach. Milczenie Albertyny było tedy tylko zasłoną; powierzchowna jej czułość kryła w głębi tysiąc wspomnień, które by mnie rozdarły; życie jej pełne było owych faktów, których żartobliwa opowieść wypełnia wesołą plotką codzienne nasze gawędy na temat innych osób, obojętnych. Ale, dopóki jakaś istota tkwi w naszem sercu, wszystko to zdaje się nam tak cennem oświetleniem jej życia, że aby poznać ten podziemny świat, oddalibyśmy chętnie nasze. Wówczas, sen Albertyny wydawał mi się cudownym i magicznym światem, gdzie chwilami, z głębi ledwie że przejrzystego żywiołu wznosi się wyznanie niepojętej tajemnicy.
Ale zazwyczaj, kiedy Albertyna spała, zdawała się odzyskiwać niewinność. W pozie którą jej nadałem, ale którą jej sen szybko sobie przyswoił, wyglądała tak pełna ufności! Twarz jej straciła wszelką chytrość lub pospolitość; wyciągała ku mnie ramię, opierała na mnie rękę, zda-