Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odparłem z miną taką jakbym myślał o czem innem, chcąc się okazać obojętny na to spotkanie i nie zdradzić Anny, że się wygadała z tem dokąd Albertyna wybiera się jutro.
Ale kto wie, czy Anna mnie nie zdradza? Może jutro opowie Albertynie, żem ją prosił, aby jej nie puściła za żadną cenę do Verdurinów? Kto wie, może jej już wyznała, że to nie było pierwsze podobne zlecenie z mojej strony. Zaręczała mi, że niczego nie powtarza nigdy, ale zaklęciu temu przeczył fakt, że od jakiegoś czasu z twarzy Albertyny znikła ufność, jaką mnie darzyła tak długo. Ciekawe jest, że już na kilka dni przed tem niezrozumieniem, miałem z Albertyną inną sprzeczkę, ale w obecności Anny. Otóż, Anna, dając dobre rady Albertynie, zawsze robiła wrażenie że jej podsuwa złe myśli. „Słuchaj, nie mów w ten sposób, przestań“ — mówiła jakby upojona szczęściem. Twarz jej przybierała suchy malinowy odcień, typowy dla gospodyń-dewotek, wygryzająych kolejno wszystkie służące. Podczas gdy ja obsypywałem Albertynę pożałowania godnemi wymówkami, Anna robiła wrażenie, że ssie z rozkoszą cukier lodowaty. Wkońcu nie mogła powstrzymać tkliwego śmiechu. „Chodź, Titinko, do mnie. Ty wiesz, że ja jestem twoja kochana siostrzyczka“. Nietylko mnie drażniło to słodkawe lepienie się, ale zastanawiałem się, czy Anna ma naprawdę dla Albertyny przyjaźń, o której tyle mówi. Ponieważ Al-