Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tes; wydały mi się wszystkie odmienne, zestrojone z językiem każdej, grające na odmiennym instrumencie; i pomyślałem jaki chudy koncercik muszą dawać w niebie trzy lub cztery muzykujące anioły z obrazów dawnych mistrzów, kiedym widział wznoszące się do Boga, dziesiątkami, setkami, tysiącami, harmonijne i wielodźwięczne pozdrowienie wszystkich Głosów. Zanim opuściłem telefon, podziękowałem w paru dobranych słowach tej co włada chyżością dźwięków, iż zechciała użyć, na rzecz moich skromnych słów, władzy, czyniącej je sto razy szybszemi od grzmotu; ale moje dzięki nie doczekały się innej odpowiedzi niż przerwanie połączenia.
Kiedy Albertyna wróciła, miała na sobie czarną atłasową suknię, która podkreśliła jeszcze jej bladość, czyniąc z niej chlorotyczną i zgorączkowaną paryżankę, wypompowaną brakiem powietrza, atmosferą tłumów i może nałogiem grzechu. Oczy jej zdawały się bardziej niespokojne, bo ich nie poweselała różowość policzków.
— Zgadnij — rzekłem — do kogo telefonowałem. Do Anny.
— Do Anny! — wykrzyknęła Albertyna, zdziwiona, podniecona, tonem nie harmonizującym z tak prostą wiadomością. — Mam nadzieję, iż nie zapomniała ci powiedzieć, żeśmy spotkały kiedyś panią Verdurin.
— Panią Verdurin? Nie przypominam sobie —