Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bertyna, która znała Annę gruntowniej odemnie, stale wzruszała ramionami, kiedym pytał, czy jest pewna uczuć Anny i odpowiadała zawsze, że nikt na świecie tak jej nie kocha, pewien jestem jeszcze teraz, że przywiązanie Anny było szczere. Może w jej zamożnej ale prowincjonalnej rodzinie znalazłoby się odpowiednik tego w pewnych sklepach na Placu biskupim, gdzie niektóre słodycze uchodzą za „co tylko może być najlepszego“. Ale co do mnie (mimo iż zawsze dochodziłem do przeciwnej konkluzji), tak dalece miałem wrażenie iż Anna stara się upokorzyć przyjaciółkę, że natychmiast brałem w duchu stronę Albertyny i gniew mój opadał.
Cierpienie w miłości ustaje chwilami, ale poto aby się zacząć na nowo inaczej. Bolejemy, widząc, że ukochana nie ma już dla nas owych wybuchów sympatji, miłosnych zrywów, jakie miała z początku; bardziej jeszcze nas boli, że straciwszy je wobec nas, odzyskuje je dla innych; potem od tego cierpienia odrywa nas nowa, okrutniejsza męka: podejrzenie, że nas okłamała co do wczorajszego wieczoru, że nas z pewnością zdradziła. To podejrzenie również się rozprasza; czułość kochanki uspokaja nas, ale wówczas wraca jakieś zapomniane słówko; powiedział nam ktoś, że ona ma „szalony temperament“, a myśmy ją znali raczej chłodną; próbujemy sobie wyobrazić, czem były owe szały z innymi; czujemy jak mało znaczy-