Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


proszono i nas na zabawę, na którą nasza ukochana wybiera się i nad której prawdziwym sensem głowiliśmy się od wielu dni; kochanka uśmiecha się tylko do nas, rozmawia tylko z nami; odprowadzamy ją do domu, i wówczas, zbywszy się obaw, kosztujemy spokoju równie kompletnego i krzepiącego, jak ten którego zażywamy czasem w głębokim śnie po długim spacerze. I bez wątpienia, taki spokój wart jest aby go opłacić drogo. Ale czy nie byłoby prostsze nie kupować sobie dobrowolnie, i to jeszcze drożej, owych lęków? Zresztą, wiemy, że choćby te chwilowe odprężenia były najgłębsze, niepokój i tak weźmie górę. Czasami nawet odnawia go jakieś zdanie, którego celem było przynieść nam spokój. Ale najczęściej zmieniamy jedynie niepokój. Któreś słowo z tego zdania, które miało nas uspokoić, pcha nasze podejrzenia na inny tor. Zazdrość nasza i ślepota większe są niż mogła przypuszczać ta którą kochamy.
Kiedy ona nam przysięga samorzutnie, że dany mężczyzna jest dla niej tylko przyjacielem, przyprawia nas o wstrząs, przyznając — czegośmy nie podejrzewali — że był dla niej przyjacielem. Kiedy nam opowiada — chcąc dowieść swojej szczerości — jak pili razem herbatę jeszcze tego popołudnia, za każdem jej słowem obleka się nam w kształt coś niewidzialnego, niepodejrzewanego. Wyznaje, że on ją prosił aby mu się oddała, a my cierpimy męki, że ona mogła słuchać tych propozycyj. Odrzuciła je,