Strona:Marcel Proust - Wpsc06 - Uwięziona 01.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


powiada. Ale za chwilę, przypominając sobie jej opowiadanie, zastanawiamy się, czy ono jest całkiem szczere; między rozmaitemi szczegółami brak nam owego logicznego i koniecznego węzła, który bardziej od faktów jest znamieniem prawdy. A przytem ta jej okropna, wzgardliwa intonacja: „Powiedziałam mu, że nie, kategorycznie“, którą ma kobieta wszystkich klas — kiedy kłamie. I trzeba jej jeszcze dziękować za to że odmówiła; dobrocią swoją zachęcać ją na przyszłość do ponowienia tak okrutnych zwierzeń. Co najwyżej czynimy uwagę: „Ale jeżeli ci już robił takie propozycje, czemu zgodziłaś się iść z nim na herbatę? — Żeby nie miał do mnie pretensyj i nie mógł mówić że nie jestem dobra dla niego“. A my nie śmiemy odpowiedzieć, że odmawiając, byłaby może lepsza dla nas...
Zresztą Albertyna przerażała mnie, powiadając że dobrze robię, kiedy, aby jej nie szkodzić, mówię że nie jestem jej kochankiem; ostatecznie — dodawała — „to szczera prawda, nie jesteś“. Istotnie, nie byłem może całkowicie, ale czyż w takim razie miałem sądzić, że wszystko to cośmy robili z sobą, ona robi z każdym o którym mi przysięga, że nigdy nie był jej kochankiem? Jakie to dziwne, wszystko poświęcać dla tego, aby, za wszelką cenę, dowiedzieć się co Albertyna myśli, kogo widuje, kogo kocha, skoro niegdyś wobec Gilberty doznawałem tej samej potrzeby wiedzenia imion,