Strona:Mali mężczyźni.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chłopcy przyznawszy sobie, że im się nie podobał, pozostawili go Alfredowi, który przez dobroć serca nie chciał go opuścić, chociaż zaczynała mu ciężyć przyjęta odpowiedzialność. Tylko jeden Tomek czuł, że mimo zajścia o scyzoryk, łączy ich z sobą sympatya i pragnął wznowić zajmującą rozmowę o koziołkach. Znalazła się wkrótce ku temu sposobność, i Dan widząc jego uwielbienie, stał się przystępniejszym; a w kilka dni, zbliżył się zupełnie do ognistego Tomka.
Gdy pan Bhaer zobaczył Dana i usłyszał jego dawniejsze dzieje, kręcił chwilę głową, ale rzekł potém spokojnie:
„Próba może nas nieco kosztować, lecz ją odbędziemy.“
Może Dan czuł wdzięczność za doznawaną opiekę, ale jéj nie okazywał i nie dziękował za to, co mu świadczono. Nic nieumiejąc, przez dobre chęci, szybko się jednak uczył. — Miał on szczególnie bystre oczy na wszystko, co się w około niego działo, język uszczypliwy, obejście szorstkie, temperament gniewliwy i chwilami ponury. Względem starszych był zawsze milczący lub opryskliwy, a z kolegami tylko niekiedy okazywał się towarzyskim. Mało który lubił go prawdziwie, ale za to w każdym budził podziw odwagą i siłą, bo go nic nie odstraszało. Z taką łatwością powalił raz na ziemię dużego Franza, że inni trzymali się odtąd z daleka. — Pan Bhaer śledził go w milczeniu i robił, co mógł, aby przyswoić dzikiego chłopca, jak go tam nazywano; potajemnie kręcił jednak głową, mówiąc do żony:
„Mam nadzieję, że się ta próba powiedzie; ale czy nas tylko nie będzie kosztować zbyt drogo?“