Strona:Mali mężczyźni.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


do okrzyków uwielbienia, a zręczny gimnastyk znający swą wartość, dumnie spoglądał po widzach.
„Jak ci się zdaje — czy mógłbym się tego nauczyć, bez wielkiego bólu?“ zapytał pokornie Tomek, rozcierając sobie łokcie, które go paliły jeszcze, od ostatniéj próby.
„Co mi dasz, jeżeli cię nauczę?“ zapytał Dan.
„Mój nowy scyzoryk: jest w nim pięć ostrzy, i tylko jedno złamane.“
„Dawaj go.“
Tomek podał scyzoryk, z lubością spoglądając na błyszczącą oprawę.
Dan obejrzał go uważnie, włożył do kieszeni i odszedł, mówiąc filuternie:
„Zatrzymam go, póki się nie wyuczysz.“
Porwany wściekłym gniewem, krzyknął Tomek, a koledzy ujmując się za nim, narobili wrzawy, która wówczas dopiéro ustała, skoro Dan, widząc wszystkich przeciw sobie, zapytał: czy Tomek nie zechce zagrać w cetno i licho, — a przy kim będzie wygrana, przy tym zostanie i scyzoryk. Tomek przystał i grali wśród zaciekawionych twarzyczek, które się rozradowały, skoro kolega zdobył stawkę i schował ją na dnie głębokiéj kieszeni.
„Chodź, pokażę ci cały dom i wszystko do koła,“ rzekł Alfred, chcąc się rozmówić z przyjacielem na osobności.
Co zaszło między nimi, tego się nikt nie dowiedział; ale gdy powrócili, Dan zachowywał się już przyzwoiciéj, chociaż nie pozbył się szorstkości. I czegoż się można było spodziéwać po biédnym chłopaku, który się wałęsał po świecie przez całe swe krótkie życie, niemając nikogo, coby go oświecał.