Strona:Mali mężczyźni.djvu/349

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kładem że są możliwe,“ rzekł pan March zatrzymawszy się w przechadzce, aby jéj powiedziéć słowo zachęty, — bo ten zacny człowiek nie tracił wiary w ludzkość i ufał, iż ujrzy panowanie spokoju, dobréj woli i szczęścia.
„Nie jestem tak ambitną, ojcze; chcę tylko garnąć do siebie dzieci i przysposabiać je do życia, żeby nie potrzebowały staczać z niém ciężkich walk, gdy się rozproszą po świecie.
„Chcę w nie wpoić uczciwość, odwagę, pracowitość, wiarę w Boga, w bliźnich i w siebie samych.“
„W tém się wszystko mieści. Dajcie im tę pomoc, a potém niech walczą z życiem; czy im się powiedzie, czy nie, — pewien jestem, że będą wspominać i błogosławić wasze usiłowania, — mój dobry synu i ty, córko droga.“
Profesor od niejakiéj chwili przyłączył się do tego grona, pan March mówiąc zatém powyższe słowa, podał obojgu ręce, pobłogosławił ich wzrokiem, i odszedł daléj. Podczas gdy państwo Bhaer stali, spokojnie rozmawiając pod wpływem tego uczucia, że się musieli dobrze wywiązać z letnich prac, kiedy ich ojciec pochwalił, — Artur wymknął się do sieni, powiedział słówko dzieciom, i nagle cała gromadka wpadła do pokoju, wzięła się za ręce, i tańcząc wkoło ojca i matki Bhaer, zaśpiéwała wesoło:

„Minął czas letniéj pory,
Jesień zbliża się już,
Schowane skrzętnie zbiory,
Zwiezione resztki zbóż.

Sprzątnięta już biesiada,
Wypite wino z czar,
Dzisiaj się dzięki składa,
Za hojny niebios dar.