Strona:Mali mężczyźni.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bogu,“ i wyznaczyli na to dzień, który nazwali dziękczynieniem,“ powiedział Dan, rozmiłowany w historyi tych zacnych ludzi, którzy tak wiele i tak szlachetnie cierpieli za wiarę.
„Brawo! Myślałem, że tylko historya naturalna może ci utkwić w pamięci,“ rzekł pan Bhaer, i z lekka uderzył w stół, przyklaskując w ten sposób.
Dan przyjął pochwałę z uradowaną twarzą, a pani Ludwika zapytała synka:
„Rozumiesz teraz, Robciu?“
„Nie rozumiem,“ odparł szczerze.
„Adasiu, sprobuj mu to opowiedziéć jaśniéj,“ odezwała się pani Ludwika.
„Dobrze,“ odparł tenże i umilkł na chwilę, żeby zebrać myśli, poczém dał następny szkic, który mógłby rozśmieszyć nawet tych poważnych i surowych mężów, gdyby go słyszeli.
„Widzisz, Robciu, niektórzy ludzie, co w Anglii nie lubili króla, ani téż nic podobnego, wsiedli na okręta i odpłynęli do naszego kraju. Pełno tu było Indyan, niedźwiedzi i dzikich zwierząt; mieszkali w fortecach i przechodzili różne przykrości.“
„Czy niedźwiedzie?“ zapytał Robcio z zajęciem.
„Nie, pielgrzymi, których Indyanie napadali. Nie mieli dosyć jeść, do kościoła musieli chodzić z pistoletami, dużo ich wymarło i popłynęli okrętami aż do skały, którą nazwali Plymouth; ciocia Ludka ją widziała i dotykała się jéj. Ci pielgrzymi pozabijali wszystkich Indyan, wzbogacili się i powiesili wszystkie czarownice. Bardzo byli dobrzy, i z pomiędzy nich jacyś moi prapraprapradziadowie przybyli na tych okrętach, i ustanowili dziękczynienie, a my je co rok obchodzimy i bardzo lubimy ten dzień. — Proszę mi dać więcéj indyka.“