Strona:Mali mężczyźni.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Zaprosimy także dziewczątka, nieprawda?“ odezwał się Adaś, w nagłym przystępie gościnności.
„Stokrotka doskonale łuszcze kasztany,“ powiedział Alfred, pragnąc aby ta jego przyjaciołeczka wzięła udział w zabawie.
„Andzia umié gnieść makówki, więc musimy ją także zwabić,“ dodał Tomek.
„Mniejsza o to; niech przyjdą te wasze bogdanki,“ rzekł szyderczo Jakubek.
„Niewolno ci nazywać moją siostrę bogdanką, bo to niedorzeczne!“ zawołał Adaś.
„Kiedy ona jest bogdanką Alfreda; prawda Świergotku?“
„Nie zaprzeczę temu, jeżeli się Adaś nie rozgniewa. Jakże jéj nie kochać, kiedy taka dobra dla mnie!“ odparł Alfred nieśmiało, ale z pewną powagą, bo rubaszne słowa Jakubka wprowadziły go w niejakie pomięszanie.
„Moją bogdanką jest Andzia, i ożenię się z nią za jaki rok, więc niech mi żaden z was nie wchodzi w drogę!“ powiedział Tomek gromkim głosem. Po dziecinnemu ułożyli sobie bowiem z Andzią taką przyszłość, że będą mieszkać na wierzbie, spuszczać z niéj koszyk na pożywienie, i tym podobne niedorzeczności.
Chcąc uspokoić Adasia, wziął go Tomek pod rękę, i zaprowadził do domu. Andzia i Stokrotka, szyły przy cioci Ludce wyprawkę, dla dziecka jednéj z sąsiadek.
„Czy pani będzie łaskawa ustąpić nam dziewczynek na chwilę? Będziemy mieli o nich staranie,“ rzekł Tomek; przytém zgrzytnął zębami na znak że będą gryść orzechy, i plasnął palcami jak gdyby w nich trzaskały makówki.
Dziewczątka zrozumiawszy od razu tę mimikę, za-