Strona:Mali mężczyźni.djvu/303

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głos, skoro chciał złożyć hołd zmarłemu, jak kiedy udzielał mu przed laty sakramentu małżeństwa.
Prócz kwilenia małego dziecięcia na górze, nic nie przerywało długiéj ciszy po ostatniém amen, dopóki na znak dany przez pana Bhaer dobrze wyćwiczeni chłopcy nie zaśpiewali hymnu, tak pełnego wzniosłego spokoju, że wszyscy obecni przyłączyli się zwolna do nich, a zamącone dusze wzleciały w górne krainy na skrzydłach słodkiéj melodyi.
Małgosia doznawała nietylko téj pociechy, że Janowi ostatnią pieśń zaśpiewały drogie mu młodociane głosy, ale widziała téż z twarzy chłopców, że odczuwają wartość cnoty, i że na długo wrazi im się w pamięć obraz czcigodnego człowieka, który przed nimi leży nieżywy. Stokrotka oparła główkę na jéj kolanach, Adaś trzymał ją za rękę, często spoglądając oczami tak przypominającemi ojca, — i z ruchem, który się zdawał mówić: „Nie troszcz się, matko, bo ja tu jestem.“ Wszyscy, co ją otaczali, byli to przyjaciele, na których się mogła oprzéć, których mogła kochać; tak więc cierpliwa, pobożna Małgosia zamykała w sobie ciężki smutek, czując, że największéj dozna ulgi, gdy będzie żyć dla innych, za przykładem swego Jana.
Owego wieczoru, gdy wychowańcy z Plumfield, jak zazwyczaj, siedzieli przed domem przy łagodném wrześniowém świetle księżyca, wszczęli naturalnie rozmowę o dniu ubiegłym.
Emil pierwszy odezwał się w swój porywczy sposób:
„Wuj Fritz jest najrozumniejszy, wuj Teodorek najmilszy, ale wuj Jan był najlepszy, i do nikogo na świecie nie chciałbym tak być podobnym, jak do niego.“