Strona:Mali mężczyźni.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Ach, Małgosiu, jak ty możesz to znosić w ten sposób!“ szepnęła Ludka, gdy ją taż powitała w progu, tém tylko różniąc się od zwykłego zachowania, że jeszcze słodszą była.
„Droga Ludko, miłość, która mnie uszczęśliwiała przez dziesięć lat, podtrzymuje mię jeszcze. Ona nie mogła zamrzéć; — i obecnie Jan więcéj jest moim, niż poprzednio,“ odrzekła Małgosia zcicha, — a tkliwa ufność w jéj oczach tak była piękną i promienną, że Ludka uwierzyła jéj, i podziękowała Bogu za nieśmiertelność takiéj miłości.
Wszyscy się tam zebrali: rodzice, wuj Teodorek, ciocia Amelka, stary pan Laurence, siwy już i bezsilny, państwo Bhaer ze swą gromadką, i wielu przyjaciół. — Mógłby kto myśléć, że skromny Jan Brooke w swém pracowitém, cichém, ubogiém życiu, mało miał czasu zjednywać sobie ludzi; tymczasem zjawili się zewsząd starzy i młodzi, bogaci i ubodzy, znakomitości i prostaczkowie, — bo wpływ jego sięgnął daleko, cnoty wryły się w pamięć, i tajne jałmużny wyszły z ukrycia, żeby go błogosławić. Grono towarzyszące jego trumnie, było daleko wyższą pochwałą od téj, jakąby pan March zdołał wygłosić: znajdowali się tam bogacze, którym służył wiernie przez długie lata; ubogie staruszki, które wspomagał mimo szczupłego mienia, przez pamięć na matkę; żona, któréj dał tyle szczęścia, że go nawet śmierć nie mogła zatruć w zupełności; bracia i siostry, których serca zdobył na zawsze; synek i córka, którzy już czuli utratę jego silnego ramienia i tkliwego głosu. — Dziatwa opłakiwała wesołego towarzysza zabaw, a starsi chłopcy z rzewnym smutkiem przyglądali się obrazowi, który im się utrwalił w pamięci. Był to bardzo krótki i prosty obrzęd: panu March zarówno bowiem drżał