Strona:Mali mężczyźni.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dwa dni przeszły spokojnie, a trzeciego zaraz po lekcyach wszedł pan Bhaer z twarzą wzruszoną, trzymając karteczkę w ręce:
„Przeczytam wam coś, chłopcy,“ powiedział; oni zaś otoczywszy go, usłyszeli co następuje:
„Drogi bracie Fritzu! Słyszałam, że nie masz zamiaru przywieść dziś chłopców, z obawy, żeby mi tém nie sprawić przykrości. Sprowadź ich, proszę cię o to. Obecność przyjaciół będzie ulgą dla Adasia w téj ciężkiéj chwili; przytém pragnę, aby usłyszeli, co ojciec powié o moim Janie. Wiem, że im to wyjdzie na dobre. Gdyby chcieli zaśpiéwać jeden z tych pięknych, starych hymnów, których się nauczyli od ciebie, toby mi sprawiło większą przyjemność, niż inna muzyka, gdyż odpowiadałoby bardziéj téj uroczystéj chwili. Poproś ich o to, i pozdrów odemnie.

Małgorzata.“

„Czy pojedziecie?“ zapytał pan Bhaer, i spojrzał na chłopców, którzy byli bardzo wzruszeni serdecznemi słowy i życzeniem pani Brooke.
„Pojedziemy!“ odpowiedzieli jednym głosem, i w godzinę potém wybrali się z Franzem, aby wziąć udział w skromnym pogrzebie Jana Brooke.
Maleńki domek wydawał się tak cichy, słoneczny i ogrzany serdeczném ciepłem, jak kiedy przed dziesięciu laty Małgosia doń weszła w stroju panny młodéj; tylko że wówczas był to początek lata i róże wszędzie kwitły, a teraz panowała już wczesna jesień, więc suche liście szeleściły na ziemi. „Panna młoda“ była teraz wdową; ale ta sama piękna pogoda jaśniała na jéj twarzy: a słodkie poddanie się prawdziwie pobożnéj duszy sprawiało, że jéj obecność była pociechą dla tych, co przychodzili koić ją w żalu.