Strona:Mali mężczyźni.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


serce bardzo roztkliwione, pomnąc na to, że niejeden z jéj wychowanków nie ma ojca lub matki. — Strawa duchowa lepiéj ją posiliła, niż grube kawałki chleba, jakie jéj podawali, i więcéj ją pocieszały szeptane słowa szorstkiego Komandora:
„Bądź mężną, ciociu; to ciężki cios, ale musisz mu stawić czoła,“ niżeli filiżanka, którą podał z herbatą tak gorzką, jak gdyby po drodze spadła w nią łza z jego oka.
Po wieczerzy, drugie grono odniosło cały przyrząd; a Dan rzekł, wyciągając ręce po śpiącego Teodorka:
„Pozwól, matko, żebym go położył, boś ty bardzo zmęczona.“
„Pójdziesz z nim, kochaneczku?“ zapytała pani Ludwika swego władcę i pana, który leżał u niéj na rękach, obłożony poduszkami z sofy.
„Pójdę,“ odpowiedział malec, a wierny piastun z chlubą poniósł go do łóżeczka.
„Ach, czemuż ja się nie mogę czém przysłużyć!“ rzekł Alfred z westchnieniem, gdy Franz pochylony nad sofą, gładził rozpalone czoło cioci Ludki.
„Możesz i ty co uczynić. Przynieś skrzypce, i zagraj te miłe pieśni, które ci przysłał ostatnią razą wuj Teodorek. Nic mnie dziś nie może tak ukoić, jak muzyka.“
Alfred pobiegł po skrzypce i usiadłszy za drzwiami tak grał, jak jeszcze nigdy w życiu, — bo zdawało się, że sercem magnetyzuje palce. Inni chłopcy siedzieli cicho na wschodach, pilnując, aby nikt obcy nie wdarł się do domu. Franz pozostał na swojém miejscu, a biédna pani Ludwika ukojona, obsłużona, strzeżona przez swych wychowanków, — usnąwszy wreszcie, zapomniała na godzinę o strapieniu.