Strona:Mali mężczyźni.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i wolnym krokiem wrócił w sam czas na lekcye, ku wielkiemu zdumieniu pana Bhaer, a niezmiernéj radości pani Ludwiki. Komandor krzywił się na to nowe stanowisko Dana, ale go pocieszyła wyborna kłódka do szopy od morskich statków, i ta myśl, że marynarze są przeznaczeni do wyższych zaszczytów. Tak więc Dan bardzo chętnie pełnił te obowiązki przez kilka tygodni, i nie wspominał już o koczującém życiu; ale pewnego dnia, pan Bhaer zastał go, gdy grzmocił Jakubka, który przygnieciony jego kolanami, krzyczał wniebogłosy.
„Cóż to znaczy? Sądziłem, mój Danie, żeś już zaprzestał bójek,“ rzekł, spiesząc z pomocą.
„My się tylko mocujemy,“ odrzekł tenże, i z żalem wypuścił z rąk Jakubka.
„Dla tego biédaka to wygląda na porządne obicie, nieprawda?“ odezwał się profesor, widząc, że się Jakubek z trudnością podnosi.
„Już mam tego dosyć, boś mnie porządnie wytuzował po głowie,“ mruknął.
„Przyznaję, że choć z żartów rzuciłem cię o ziemię, jużem się potém nie mógł wstrzymać od walenia. Ale żałuję, żem cię tak wymęczył,“ powiedział Dan, widocznie zawstydzony.
„Nie mogłeś się oprzeć gwałtownéj chęci rzucenia się na kogoś. Tobie tak potrzebna walka, jak Alfredowi muzyka,“ rzekł pan Bhaer, któremu powtórzyła żona swę rozmowę z Danem.
„Schodź mi z drogi, jeżeli nie chcesz obrywać guzów, bo mi trudno zapanować nad sobą!“ rzekł Dan z taką groźbą w czarnych oczach, że Jakubek cofnął się natychmiast.
„Kiedy koniecznie potrzebujesz się mocować, to ci dam silniejszy przedmiot od Jakubka,“ powiedział