Strona:Mali mężczyźni.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pan Bhaer i wskazał mu na podwórzu grube pnie, wykopane na wiosnę, które tam czekały porąbania. „Jak ci przyjdzie ochota pastwić się nad chłopcami, to przychodź tu pożytkować swę siłę; będę ci za to wdzięczny.“
„Dobrze,“ odparł Dan, i pochwyciwszy zaraz leżącą siekierę, wytoczył pieniek; rąbał go tak żwawo, a wióry rozlatywały się tak daleko, że pan Bhaer musiał ucieczką ratować życie.
Z przyjemnością patrzył on, jak Dan zrzuciwszy z siebie kurtkę, z rozczerwienioną twarzą i srogim wzrokiem, wywierał wściekły gniew na przeciwnikach i klął ich, póki nie zwalczył; a wówczas szedł z tryumfem do drwalni, z naręczem sękowatego dębu. Odparzały mu się ręce, bolały krzyże, ciężyła siekiera: ale mu to służyło, i niktby się nie mógł domyśléć pociechy, ile czerpał w tych brzydkich pniakach, — za każdém uderzeniem siekierą, zaspakajał w sobie nadmiar sił, który mógłby się objawiać w szkodliwszy sposób.
„Skoro się to skończy, nie będę już wiedziała, co daléj robić,“ myślała pani Ludwika, gdyż jéj nic nowego nie przychodziło do głowy.
Ale Dan znalazł sobie rozrywkę, i bawił się potajemnie, zanim ją odkryto. Na łące za strumykiem pasł się owego lata piękny źrebak pana Laurence; chłopcy przepadali za tém roztropném zwierzęciem, i z rozkoszą przyglądali się, jak galopuje z rozwianym ogonem, podnosząc śliczny łeb w górę. Ale wkrótce im się to sprzykrzyło i zaniedbali „księcia“, jeden tylko Dan nigdy nie mógł się nim nacieszyć, i prawie codzień zanosił mu kawałek cukru, jabłka, lub chleba. „Książę“ z wdzięcznością przyjmował dary, i nawzajem lubili się, czując niejako, że ich łączą