Strona:Mali mężczyźni.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Muszę teraz pójść do Stokrotki, więc możesz tu usiąść na mojém miejscu,“ rzekł Adaś, i pobiegł jéj opowiedziéć zajmującą historyę o dziewiętnastu kotach.
Teodorek przy pomocy matki dostał się do gniazda, a Dan robiąc dlań wędkę, odezwał się z wysoka:
„Teraz może pani swobodnie czytać, a ja będę czuwał nad malcem.“
„Minęła mię już ochota. — Coście tu robili z Adasiem?“ zapytała pani Ludwika, miarkując po Danie, że mu coś dało do myślenia.
„Rozmawialiśmy; ja mu opowiadałem o roślinach i tym podobnych rzeczach, on znowu o pewnych ćwiczeniach swoich. — Masz wędkę, Teodorku, możesz łowić, bom osadził na niéj robaczka.“
Chłopaczek wychylił się za drzewo, pilnie upatrując rybek, gdyż był pewny, że się zjawią. Dan trzymał go za sukienkę, żeby nie spadł na ziemię, a pani Bhaer stojąc w pobliżu, wszczęła z nim rozmowę.
„Takam rada, żeś mówił z Adasiem; właśnie tego mu trzeba, i chciałabym, żebyś go uczył i brał z sobą na przechadzki, dla objaśniania o otaczających go przedmiotach.“
„Jabym to lubił, bo jest bardzo bystry, ale...“
„Ale co?“
„Zdaje mi się, że nie zaufałaby mi go pani.“
„Dla czego?“
„Adaś taki miły, dobry, — a jam takie ladaco, więc bałem się, czyby go pani nie wolała trzymać z dala odemnie.
„Ależ ty nie jesteś ladaco, i ufam ci, mój Danie; zupełnie ci ufam, bo się szczerze starasz poprawić, i z każdym tygodniem stajesz się lepszy.“