Strona:Mali mężczyźni.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Nieprzyzwyczajonym do tego, — ale może mię nauczysz?“ rzekł Dan, widocznie gotów chwycić się nawet dziecinnego środka Adasia, byleby oczyścić duszę.
„Sam lubię to robić, ale nauczyć nie umiem; chybabym powtarzał, co mi dziadunio mówi. Wprawdzie nie potrafię tak pięknie przemawiać, jak on, ale sprobuję.“
„Nie wspominaj o tém nikomu: tylko od czasu do czasu, przychodź tu na podobną rozmowę, a ja ci się znów odpłacę opowiadaniem o moich rzeczach,— dobrze?“ zapytał Dan, wyciągając wielką i twardą rękę, — Adaś podał mu swę małą i miękką rączkę, i układ został zawarty.
„Cicho!“ odezwał się Dan, wskazując na dom, gdy Adaś zabiérał się do wykładu o najlepszym sposobie pokonywania złych skłonności. — Wychyliwszy głowy, spostrzegli, że pani Ludwika nadchodzi czytając, a Teodorek ciągnie za nią wózek.
„Czekajmy, aż przejdą, żeby nas nie zobaczyli,“ szepnął Adaś, i cicho siedzieli, gdy się ta para zbliżyła. Pani Bhaer zajęta książką, byłaby niezawodnie wpadła w strumyk, ale ją powstrzymał Teodorek, mówiąc:
„Mamo, chcialbym lowić lybti.“
Zamknąwszy ciekawe dzieło, którego nie mogła doczytać od tygodnia, zaczęła się rozglądać za długą tyką, miała bowiem zwyczaj robić zabawki z lada czego; ale zanim ją ułamała, delikatna gałązka wierzbiny padła jéj pod nogi, i podniosłszy oczy, zobaczyła chłopców, śmiejących się w gniazdku.
„Teodolet tam pójdzie!“ zawołał chłopczyna, wyciągając rączki i trzepocąc sukienką, jakby skrzydełkami.