Strona:Mali mężczyźni.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   247   —


„Doprawdy?“ wykrzyknął Dan, i wyraz zniechęcenia znikł z jego twarzy.
„Albo nie czujesz tego?“
„Tak mi się zdawało, alem nie był pewien.“
„Przyglądałam się dotąd w cichości, czy wyjdziesz zwycięsko z próby, chcąc cię wynagrodzić, w takim razie, sowicie; ponieważ widzę teraz, żeś wart zaufania, będę ci powierzała nietylko Adasia, ale i własnego syna, bo ich możesz lepiéj uczyć niektórych rzeczy, niż my wszyscy.“
„Doprawdy?“ wykrzyknął Dan ze zdumieniem.
„Adaś tak dużo obcował przedtém ze starszemi osobami, że przez to brak mu odwagi i rzeźkości. Ty mu się wydajesz najdzielniejszym i najzaradniejszym w świecie chłopcem; prócz tego obeznany będąc z przyrodą, możesz mu opowiadać ciekawe rzeczy o ptakach, pszczołach, roślinach, zwierzętach, jakich nie znajdzie w książkach z powiastkami; a twoje opowieści, jako prawdziwe, będą bardzo nauczające i pożyteczne. Rozumiész teraz w jaki sposób możesz być mu pomocnym, i dla czego lubię, żeby z tobą przestawał?“
„Kiedy ja klnę czasami, i gotówem mimowoli powiedziéć co szkodliwego; oto i przed chwilą zawołałem ,tam do djabła!‘,“ rzekł Dan, który chcąc wiernie spełnić przyjęty obowiązek, uprzedzał ją o swych przywarach.
„Jestem przekonaną, że będziesz unikał wszystkiego, coby go krzywdzić mogło; i sądzę, że w tym względzie on ci się znowu bardzo przyda przez swe poważne, niewinne usposobienie i dobre zasady, których ci właśnie brakuje. Nigdy nie jest za wcześnie, żeby je zaszczepiać w dziecku, ani téż za późno, żeby je uprawiać w człowieku dorosłym, a zaniedbanym. Jesteście jeszcze dziećmi i możecie siebie