Strona:Mali mężczyźni.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Powiedział, że to wyborny pomysł, i że znał wielu zacnych ludzi, którzy woleli dopomagać potrzebującym, niż gromadzić pieniądze, aby je ktoś zmarnował po ich śmierci.
„Wszakże twój ojciec jest bogaty; czy także w ten sposób postępuje?“
„Nie jestem tego pewny; tyle tylko wiem, że mi daje wszystko, czego mi trzeba. Ale za pierwszą bytnością w domu, przedstawię mu tę rzecz, bo przecież muszę dać dobry przykład,“ rzekł Tomek tak seryo, że chociaż Alfreda brała ochota do śmiéchu, odezwał się z powagą:
„Ty będziesz umiał robić użytek z pieniędzy, — nieprawda?“
„Tak powiada pan Bhaer, i obiecuje mię nauczyć téj sztuki. Zacznę od Dana, a jak będę miał znowu dollara, to się czém przysłużę Dickowi, bo dostaje tylko centa na tydzień, a taki dobry z niego chłopczyna! Ma się rozumiéć, że nie może dużo oszczędzać, więc chciałbym się nim trochę zająć,“ powiedział poczciwy Tomek, niecierpliwie wyglądając chwili, kiedy będzie mógł wziąć się do tego.
„To bardzo piękny pomysł, i zamiast zbiérać pieniądze na skrzypce, sam ofiaruję Danowi siatkę; a jeżeli mi coś jeszcze pozostanie, to sprawię Karolkowi jaką przyjemność. On taki do mnie przywiązany, i chociaż nie jest ubogi, lubi dostać jaką fraszkę, bo ja z wszystkich najlepiéj wiem, czego mu trzeba,“ rzekł Alfred i zamyślił się nad tém, ile szczęścia będzie mógł dać, za swe trzy dollary.
„Jabym tak samo zrobił. Ale chodźno teraz zapytać się pana Bhaer, czy ci pozwoli pojechać ze mną do miasta, w poniedziałek. Tybyś kupił siatkę, a ja wyszukałbym mikroskop. Franz i Emil wybiérają