Strona:Mali mężczyźni.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Powiem ci teraz owę tajemnicę,“ rzekł Tomek, widocznie przejęty ważnością swéj nowiny.
„Mówże,“ odparł Alfred, który żałował, że nie przyniósł ze sobą skrzypcy, taki tam znalazł chłód i spokój.
„Na ostatniém zebraniu w klubie, uczyniłem wniosek, żeby Danowi wynagrodzić nasze podejrzenia, jaką piękną pamiątką. Zgadnij, cośmy obmyślili?“
„Siatkę na motyle; on tak dawno pragnie tego,“ rzekł Alfred, trochę niezadowolony, gdyż chciał mu ją sam darować.
„Nie, mój panie; oto prawdziwie powiększający mikroskop, żeby za jego pomocą widział te rozmaite żyjątka w wodzie, gwiazdy, jajeczka mrówcze, i tym podobne rzeczy. Nie ładnyż to będzie podarek?“ rzekł Tomek, mięszając mikroskop z teleskopem.
„Toś mnie ucieszył! Ale czy taka rzecz nie będzie za droga?“ zawołał Alfred, przejęty radością, że jego przyjaciel zaczyna być cenionym.
„Wszyscy się złożymy; ja ofiarowałem moje pięć dollarów, bo jeżeli mamy co dać, to niechże już będzie ładne.
„Jakto, wszystko dałeś? Jak żyję, nie widziałem tak szczodrego chłopca!“ zawołał Alfred, spoglądając nań ze szczerém uwielbieniem.
„Tak mi się dały pieniądze we znaki, że ich więcéj nie chcę zbiérać, tylko zaraz będę wydawał. W ten sposób nikt mi ich nie pozazdrości, nikomu nie przyjdzie ochota kraść, a ja nie będę potrzebował podejrzéwać kogo i kłopotać się o moję kasę,“ odparł Tomek, któremu ciężyły troski i niepokoje, właściwe miljonerom.
„Czy tylko pan Bhaer zezwoli na to?“