Strona:Mali mężczyźni.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zawsze była przekonana, że byle tylko trochę pomocy, to wyjdziesz na chłopca, którym się poszczycić będzie można.“
Spojrzał na nią z dziwnym wyrazem w swych czarnych oczach: była to mięszanina dumy, miłości i smutku. Wówczas nie mogła go zrozumieć pani Bhaer; lecz późniéj, przypomniała to sobie.
„Bodajby się pani tylko nie zawiodła! W każdym razie, będę dokładał wszelkich starań,“ rzekł, zamykając księgę bez żadnych oznak zadowolenia, chociaż zazwyczaj lubił odczytywać i roztrząsać te świadectwa.
„Czyś ty nie słaby, mój drogi?“ zapytała pani Ludwika, kładąc mu rękę na ramieniu.
„Noga mię trochę boli; pójdę się nawet położyć. — Dobranoc matko,“ dodał, i przez chwilę trzymał jéj rękę przy swym policzku, a potém odszedł z taką miną, jak gdyby to było pożegnanie.
„Biédny Dan, tak bardzo bierze do serca hańbę Alfreda! Dziwny zeń chłopiec; czy téż go zrozumiem kiedy do gruntu?“ pomyślała pani Ludwika, rozważając z prawdziwém zadowoleniem jego postępy.
Alfred doznał i tej jeszcze przykrości, że Tomek przekonawszy się o swéj stracie, rzekł:
„Nie chciałbym cię zasmucać, ale ponieważ boję się o piéniądze, już nie możemy nadal być wspólnikami.“ Poczém zmazał napis: Tomasz i Spółka.
Pyszniąc się z tego dodatku „Spółka,“ Alfred pilnie zbiérał dotąd jajka, ściśle utrzymywał rachunki, i sporo pomnożył swe dochody.
„Ach Tomku! Czy to konieczne?“ rzekł więc, czując że jeżeli to nastąpi, straci na zawsze dobre imię, jako handlujący.
„Tak,“ odpowiedział Tomek stanowczo. „Emil mówi, że jak ktoś przywłaszczy sobie kapitał należący