Strona:Mali mężczyźni.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Ja wiem, że Dan ukradł te piéniądze i oddał je tobie. — Bardzo to być może, iż zanim tu przybył, utrzymywał się z kradzieży, bo oprócz ciebie, nic o nim nikt nie wié,“ rzekł Antoś, probując w ten podstępny sposób wydobyć zeń prawdę.
Powiodło mu się to w części, gdyż Alfred wykrzyknął gniewnie:
„Jeżeli się raz jeszcze z tém odezwiesz, powiem ojcu Bhaer! Nie lubię siać plotek, alem gotów i na to, skoro Danowi nie dasz spokoju!“
„W takim razie będziesz nietylko złodziejem i kłamcą, ale w dodatku intrygantem,“ odezwał się Antoś szyderczo, bo widząc, jak Alfred cierpliwie znosi własne obelgi, nie przypuszczał, żeby się poskarżył dla obrony Dana.
Może miał jeszcze co powiedziéć; lecz zaledwie wyszły mu z ust te słowa, długie ramię schwyciło go z tyłu za kołnierz, i przerzuciwszy go przez mur, cisnęło z wielkim pluskiem na sam środek strumyka.
„Jak jeszcze raz to powtórzysz, zanurzę cię z głową!“ zawołał Dan, a wyglądał, jakby nowożytny kolos rodyjski, bo rozstawił nogi po obu stronach strumienia, spoglądając z góry na nieszczęsnego chłopca, skąpanego w wodzie.
„Ja tylko żartowałem.“
„Tyś sam podstępny intrygant, kiedy dręczysz ukradkiem Alfreda, pytaniami. Wrzucę cię do rzeki, jak cię raz jeszcze na tém schwytam. Wyłaź, i precz ztąd!“ wykrzyknął Dan rozwścieczony.
Antoś uciekł, kapiąc cały, i niespodziana kąpiel musiała mu posłużyć, gdyż odtąd okazywał obu tym chłopcom wielkie uszanowanie i widocznie zostawił ciekawość w strumyku.