Strona:Mali mężczyźni.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdy już znikł, Alfred przeskoczył przez mur, i zobaczył że Alfred leży smutny i znękany.
„Już cię chyba nie będzie mordować, ale gdyby się jeszcze kiedy odważył, powiédz mi tylko, to się z nim rozprawię!“ rzekł Dan, usiłując odzyskać zimną krew.
„Niewiele dbam o to co o mnie samym mówi, bom się już oswoił z prześladowaniem; ale mię to gniewa że się ciebie czepia,“ rzekł Alfred ze smutkiem.
„Zkądże wiesz, czy on nie ma słuszności?“ zapytał Dan odwracając głowę.
„Jakto, co do tych pieniędzy?“ zawołał zdumiony Alfred.
„Tak.“
„Nie uwierzyłbym temu! Ciebie nie obchodzi piéniądz, tylko chrabąszcze, i tym podobne rzeczy,“ odrzekł Alfred ze śmiéchem.
„Jak ty pragniesz skrzypców, tak ja siatki na motyle, więc dla czego nie miałbym skraść téj sumki, zarówno jak ty?“ powiedział Dan, i odwróciwszy głowę, zawzięcie wiercił dziury w ziemi.
„To być nie może! Lubisz czasem uderzyć lub pchnąć, ale nigdy nie kłamiesz, i nie wierzę byś kradł,“ odezwał się znowu Alfred, stanowczo przecząc głową.
„Dopuszczałem się już jednego i drugiego. Dawniéj kłamałem zapalczywie, — teraz już mi to ciężko wprawdzie przychodzi, — a znowu uciekłszy od pana Page wykradałem z ogrodów, co się tylko nadawało do zjedzenia; widzisz zatém, że niedobry ze mnie chłopiec,“ rzekł Dan swym szorstkim, urywanym tonem, od którego już się zaczął odzwyczajać w ostatnich czasach.
„Ach Danie, nie mów żeś to ty skradł, wolałbym usłyszéć taką rzecz o każdym innym z kolegów!“ za-