Strona:Mali mężczyźni.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go w obec nas wszystkich. Łatwiéj to wybaczę, jeżeli który uległ nagłéj pokusie, niż gdyby chciał oszukać. Kto ukradł, niech nie pogorsza winy kłamstwem, i wyzna ją otwarcie; wówczas postaram się dopomódz mu, by odzyskał szacunek.“
Gdy zamilkł na chwilę, taka cisza zapanowała w pokoju, że byłoby można usłyszéć przelatującą muchę; potém zwolna i z naciskiem zadał każdemu jedno pytanie, odbiérając tę samą odpowiedź, na rozmaite tony. Wszystkie twarze były rozczerwienione i wzburzone: nie mógł zatém nic wnosić z rumieńców; a niektórzy z małych chłopaczków, tak bełkotali ze strachu, że chociaż to było widoczném niepodobieństwem, zupełnie wyglądali na winnych. Gdy przystąpił do Alfreda, głos mu złagodniał, bo ten biédak zdawał się tak zgnębiony, że budził współczucie. Pan Bhaer miał przekonanie, że on jest winowajcą, i chciał go łagodnością ocalić od powtórnego kłamstwa.
„Odpowiédz szczerze, mój synu: czyś ty wziął te piéniądze?“
„Nie, panie!“ odrzekł Alfred, patrząc nań błagalnie.
Gdy te słowa ze drżeniem wyszły z jego ust, ktoś się roześmiał.
„Cicho!“ zawołał profesor, mocno uderzając w stół, i surowo spojrzał w tę stronę, zkąd głos wyszedł.
Siedzieli tam Antoś, Emil i Jakubek; dwaj pierwsi zdawali się zmięszani, a Emil zawołał:
„To nie ja, wuju! Wstydziłbym się szydzić z kogoś, gdy jest w nieszczęściu.“
„Dobrze mówisz,“ odezwał się Tomek, któremu bardzo było przykro, że jego nieszczęsny dollar narobił tyle kłopotu.