Strona:Mali mężczyźni.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Cicho!“ rozkazał pan Bhaer; a gdy umilkli, rzekł surowo:
Bardzo mi boleśnie jest, Alfredzie, — ale dowody są przeciw tobie; i dawne twe kłamstwa do reszty odbiérają zaufanie, jakiebyśmy mieli, gdybyś tak był prawdomównym, jak inni chłopcy. Ale uważaj, moje dziecko, — ja cię nie posądzam o tę kradzież, nie ukarzę cię za nią, póki nie będę zupełnie pewnym, i o nic więcéj już nie zapytam. Pozostawię tę sprawę twemu sumieniu: jeżeli jesteś winnym, przyjdź do mnie w jakiéjkolwiek chwili dnia lub nocy, — przyznaj się, a ja ci wybaczę, i pomogę wynagrodzić krzywdę. Jeżeliś niewinny, prawda okaże się prędzéj lub późniéj; a wówczas ja pierwszy przeproszę za to, żem zwątpił o tobie, i z całego serca będę się starał oczyścić cię w oczach całego domu.“
„Ja tych piéniędzy nie wziąłem, nie wziąłem,“ powtarzał Alfred ze łkaniem, i głowę ukrył w rękach, niemogąc patrzéć na nieufne twarze kolegów.
„Mam nadzieję, że prawdę mówisz,“ rzekł pan Bhaer, i milczał potém chwilę, jak gdyby dla dania przestępcy, ktokolwiekby on był, — jeszcze jednéj sposobności uniewinnienia się. Ale nikt nie przemówił, i tylko było słychać szlochających malców. Pan Bhaer potrząsnął wreszcie głową, i rzekł:
„Już mi nic więcéj nie pozostaje do uczynienia w téj mierze, i to jedno tylko dodam, że sam nie wspomnę nigdy o tém, co zaszło, i żądam od was, chłopcy, byście poszli za moim przykładem. Nie mogę się spodziéwać, żebyście okazywali dawną przyjaźń temu, kogo podejrzywacie; ale pragnę, byście mu nie dokuczali, bo i tak będzie miał co cierpiéć. — Teraz idźcie do lekcyi.“