Strona:Mali mężczyźni.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Może jaki włóczęga przenocował w stodole i zabrał je sobie?“ powiedział Antoś.
„Nie; Silas na to nie pozwala. Zresztą, włóczęga nie zajrzałby do staréj wialni po piéniądze,“ rzekł Emil wzgardliwie.
„Czy się tego nie dopuścił czasem Silas?“ rzekł Jakubek.
„Co za myśl! To najuczciwszy w świecie człowiek! Nie ukradłby jednego penny,“ odparł Tomek, broniąc od podejrzeń swego wielbiciela.
„Ktokolwiek dopuścił się téj kradzieży, niech się lepiéj sam przyzna, zanim go wykryjemy,“ rzekł Adaś z taką miną, jak gdyby spadło wielkie nieszczęście, na cały dom.
„Wiem, że macie na mnie podejrzenie,“ powiedział Alfred, czerwieniąc się.
„Ty jeden wiedziałeś, gdzie są,“ odparł Franz.
„Nie przeczę temu, ale ich nie wziąłem. Powiadam wam, że ich nie wziąłem! nie wziąłem!“ wołał Alfred z rozpaczą.
„Ciszéj, ciszéj, mój synu! Co znaczy ta wrzawa?“ zapytał pan Bhaer, który właśnie nadszedł.
Tomek opowiedział o swéj stracie, a twarz profesora stawała się coraz surowszą, w miarę jak słuchał, gdyż mimo wszelkich przekroczeń i szaleństw, chłopcy byli dotąd uczciwi.
„Zasiądźcie,“ rzekł, a gdy zajęli swe miejsca, smutno spojrzał na każdego z osobna, co było ciężéj znieść, niż nawałnicę słów, — i powiedział:
„Zapytam każdego, i będę żądał szczeréj odpowiedzi. Nie chcę wymódz prawdy postrachem, sztuką, ani wybiegiem, — bo każdy z was ma sumienie, i wié o co tu chodzi. Teraz jest właściwa chwila, żeby wynagrodzić Tomkowi krzywdę, i usprawiedliwić